Gdy nadzieja powoli umiera....-Magie

Kiedy to się wszystko stało? Kiedy to wszystko się tak nagle zawaliło? Przecież dopiero co wszystko było dobrze? A nagle siedzę na kanapie z prawie obcym facetem, który mnie obejmuje, za parawanem siedzi przykuty o grzejnika mój brat… A dziewczyna, która tu było, musiała jechać do szpitala po coś związanego z jej siostrą i policją. Nic z tego nie rozumiałam…

-Magie…? - Z zadumy wyrwał mnie przyjemny, niski głos. Odwróciłam głowę w jego stronę i przez moment stykałam się z nim nosem, nie orientując się co i jak. -Em… Już nic...- Odparł zmieszany dredowiec. Nie wiem co mnie podkusiło do tego jednego ruchu.

Przysunęłam się do niego bliżej, odstawiając kubek z kawą na stolik a nasze usta złączyłam w pocałunku. Jego wargi były gorące i miękkie. Smakował kawą i cynamonem. Nie miałam pojęcia, dlaczego takie połączenie akurat, nie interesowało mnie to szczerze jakoś szczególnie. Po chili poczułam jak i ona zaczął odwzajemniać ten pocałunek. Przymknęłam oczy i skupiłam się na innych bodźcach...

Jego duże dłonie powoli mnie objęły w pasie. Czułam jak delikatnie pochyla mnie na kanapę, nie przerywając pocałunku nawet na moment. Czułam też jak moje policzki płonęły od rumieńców. W jednym momencie jednak chłopak przerwał nasz pocałunek. Spojrzał mi w oczy i przesunął dłonią po mym policzku.

- Na dziś wystarczy Magie…. -Wyszeptał cicho do mego ucha i złożył na mych ustach ostatni pocałunek, nim wstał i nie przeszedł do kuchni, by zająć się Maksem, który najprawdopodobniej się przebudził. Ja jednak nie potrafiłam się podnieść. Nadal wpatrywałam się w sufit, z mocnymi wypiekami na twarzy i smakiem jego ust, na swych lekko rozchylonych wargach.






Komentarze

Popularne posty